Lubię przeczytać coś wiekopomnego i z tą serią miałem tą przyjemność. Bywały w przeszłości crossovery na linii Marvel i DC, ale ten koncept chyba zaciekawił mnie jeszcze bardziej... Stan Lee piszący swoje wizje kluczowych postaci DC!!!
Chciałem opisywać każdy 52 stronicowy zeszyt opisać z osobna, ale lenistwo i jakiś brak weny mi na to nie pozwoliły hehe :P Nadmienię sobie tutaj kwestii z całej serii, traktującej bohaterów w zupełnie inny sposób niż oryginały.
Może zacznę od mojej ulubionej komiksowej postaci EVER czyli Batmana (no może Joker też się równa jemu hehe). Toteż tutejszy Batman, nie jest miliarderem, tylko czarnoskórym półsierotą, który stracił ojca na służbie policyjnej. Sami z matką ledwo wiążą koniec z końcem a Wayne Williams pracuje jako pomoc w sklepie. Pewnego dnia mają miejsce gangsterskie porachunki a Wayne ratuje lube gangstera przed kulą... w podzięce zostaje zbesztany za to, że śmiał dotknąć jego kobiety i zostaje wrobiony w zabójstwo przez co ląduje w więzieniu. To właśnie tutaj powstaje Batman, Wayne bierze się za siebie by zemścić na tym gangsterze, bo mało tego, że został wrobiony to jeszcze jego matka zmarła ze zgryzoty o syna. Co mi się podobało w tej historii, jak Wayne wychodzi na wolność myśli jak zarobić pieniądze... zostaje wrestlerem :D. Stan Lee chyba ma słabość do tego sportu bo Spidey też w nim zaczynał :). Co jest jeszcze fajne, że ja mam xywę Batman i kocham wrestling :D, super mi się to zazębiło ze mną panie Lee. Co mi się nie podobało... maska Batmana, jak głowa nietoperza, zdecydowanie wolę oryginalną symboliczną szpiczastą, reszta stroju niezbyt się różni od pierwowzoru. Szkoda jeszcze, że Stan Lee nie napisał tutaj swojej wersji Jokera.
Wonder Woman moim zdaniem została ogołocona ze swojej epickości, nie jest Amazonką, tylko supermodelką która dotknęła magicznego berła. Nie wiem który wygląda wolę lepiej, oryginał czy ten tutaj, oba są ładne, ale jak patrzyłem na nią to przypominała mi Promethę Alan'a Moore'a
Spodobała mi się wersja Supermana. Nie spadł na ziemię jako dziecko, tylko ścigał zabójcę swojej żony i przez co wypadkami wylądował na Ziemi. Nie jest harcerzykiem ze słodkim charakterem jak Clark Kent, ten tutaj ma pazur i nie ukrywa też tego, że nie podoba mu się na tej planecie. Wygląd zostawiam w neutralnym mniemaniu, różni się od niebiesko-czerwonego stroju Supka, ale jak patrzyłem na niego, to czułem się jakbym widział Miracleman'a Alan'a Moore'a.
Green Lantern, no nie za bardzo przypadł mi do gustu, wolę kosmicznego strażnika niż bohatera który został obdarzony mocą przez mistyczne drzewo życia. Do tego jego aparycja... znowu widziałem coś ze świata Alan'a Moore'a, Green Lantern wygląda tutaj jak Dr. Manhattan ze "Strażników", z tym, że nie jest niebieski, ale no... wiadomo jaki :D.
Ohhh i tutaj dochodzę do Flash'a. Nie jest naukowcem którego trafił piorun i chemikalia, tylko młodą kobietą która skąpała się w jakiejś zielonej substancji a potem ojciec jej wstrzyknął DNA... koliberka :D. Przyznaję się bez bicia, nie znam się na zwierzętach, które są najszybsze itp. i z początku uważałem to za ogromną głupotę, ale pożaliłem się komuś i ten ktoś mi uświadomił, że kolibry to jednak szybkie ptaki, trzepią tymi skrzydełkami jak szalone i jest w tym DNA kolibra trochę sensu. Ja jednak i tak tego nie kupuję, młoda dziewczyna jak testuje swoje moce udaje się jej nawet przekroczyć barierę czasu... nie no poważanie? Dlaczego akurat koliber, dlaczego nie jakiejś poważniejsze szybkie zwierzę. Dla mnie moc od takiego słodziaka jaki jest ten mały ptaszek to coś co by pasowało do Disneya a nie do komiksu mającego poważny ton. Jak ja kupuję to, że oryginalny Flash przekraczał barierę czasu od pioruna... chociażby co było potrzebne by Delorian w trylogii "Powrót do przeszłości" zadziałał? PIORUN :D. Tak sobie wyobrażam jestem naukowcem i pracuję nad podróżami w czasie i mam do wyboru piorun i DNA kolibra... nie no, co by się nie działo zawszę wybiorę piorun :D.
Fajny był zeszyt JLA, czyli wszyscy bohaterzy których poznałem pierwszy raz w komplecie. Serię wydaje się, że można czytać jak sobie się chce, ale jest kolejność, bo oprócz złola który został przydzielony do superbohatera, jest jeszcze jeden większy którego poznajmy w kolejnych zeszytach. Głowa Kościół wiecznych upoważnień czyli wielebny Darkk. Muszę przyznać, że fajna postać, podobał mi się jego wygląd, taki klasyczny tajemniczy, koleś w szacie z zakrywającym oblicze twarzy kapturze, do tego obdarzony magicznymi mocami. Tutaj podczas potyczki z Ligą można było zobaczyć jak monstrualna jest. Spodziewałem się, że w tej części przygód zakończy się jego żywot co na szczęście się nie stało :). Nie mogę jeszcze nie wspomnieć, że pojawiła się tutaj wersja Doom Patrol, ale zupełnie nie mająca nic wspólnego z oryginałem, jest to złowieszcza grupa trzech villianów (był Deathstroke, którego fanem jestem, ale tego stworzonego tutaj nie jestem) z powołania i na usługach oczywiście wielebnego.
Robin chyba najsłabiej mi podszedł. Sierota omotana przez manipulację Darkka, bez żadnych supermocy czy nawet kostiumu, w ogóle nie zakrywa twarzy. Podobał mi się występ Batmana, którego Robin miał pokonać z polecenia wielebnego, co się nie staje, Robin powiedzmy się w pewnym stopniu nawraca się na dobrą drogę i Batman wierzy w niego.
Shazam moim zdaniem w jednej kwestii zaliczył regres, za co uważam zdobycie jego mocy. Nie ma tu dziecka którego otrzymało dar od Merlina, tylko agent Interpolu, który ślęczy nad umierającym ulicznym czarodzieju. Co mi się podobało to wygląd Shazam'a, nie jak dobrze wyglądający facet, tylko czerwone monstrum! To jak najbardziej na plus!
Aquman, średnio mi podszedł, czyż król Atlantydy nie brzmi dumnie i epicko? Zdecydowanie taka nie jest jego geneza tutaj. Ten bohater, jest biologiem który wstrzyknął sobie DNA zwierząt wodnych (już było przecież DNA kolibra, trochę wtórne :D) i wylądował w dziwnej zielonej substancji znajdującej się w wodzie, przez co zmienił się w żywą wodę, wygląd super, ale król Atlantydy to jednak król Atlantydy.
Catwoman przedstawiona przez Stan'a moim zdaniem jest potężniejsza od oryginalnej, bo ma supermoce, zwinność i refleks kota oraz z palców wyrastają jej ogromne szpony zdolne przebić nawet mur. Ja jednak wolę podstawową wersje, przyjemniejszy dla oka jest dla mnie jej strój.
Sandman, okrutnie byłem ciekaw co Stan zrobi z tą postacią i nie powiem, że przeżyłem zawód, ale wersja stworzona przez Neil'a Gaiman'a jest, że tak to ujmę "większa". Jak równać jeden byt z nieskończonych z człowiekiem który zdobył moc w kosmosie po wypadku. Śnienie w tej wersji przypominało mi klimat z filmu "Heavy Metal", co nie zaliczam bynajmniej na minus bo jestem fanem tego filmu, ale te Śnienie stworzone przez Gaiman'a miało w sobie więcej takiego dostojeństwa. W tym zeszycie ginie również wielebny Darkk... który sam był na usługach jeszcze kogoś potężniejszego.
Kryzys... oj a tego co będzie się działo tutaj byłem ogromnie ciekaw, bo w DC słowo KRYZYZ oznacza, że będzie działo się coś wielkiego i nie spodziewałem się czegoś przeogromnie wielkiego bo weź to zrób na 52 stronach, ale podwaliny pod to wydarzenie były budowane przez cały czas, bardzo małymi kroczkami. Co mi się spodobało to to, że Kryzys to potężna istota a nie tylko nazwanie wydarzenia. Nie podobał mi się jego wygląd a mianowicie jego maska, wyglądało to jakby włożył na siebie podobiznę morsa z tym, że bez kłów :D. Kryzys tutaj chce połączyć ze sobą dwa światy ten rzeczywisty i Śnienie. Ostatni rozdział DC pisanego przez Stan'a Lee nie jest również ubogi w zaskakujące momenty, kiedy okazuje się kto jest kim na tej szachownicy, kto jest czyim dzieckiem i żoną, superowe to było. Jeszcze jak nie wspomnieć, że Robin był jeszcze dwiema postaciami :D. Zaskoczenie jak zamienił się w Hawkman'a, ale dla Lee to było za mało, przeistoczył się jeszcze w Atoma. Ogólnie ujmując całkiem udany ten mały event :).
Kwitując moje wrażenia z lektury stwierdzam, że jestem zadowolony z tego co przeczytałem. Nie wiem może sam fakt, że takie wydarzenie jak Stan Lee w komiksach DC, sprawia, że z szacunkiem podchodzę do "Just Imagine...". Chociaż no nie zawsze byłem zadowolony z rozwiązań a szczególnie z tego koliberka z Flash'a, jak umrę i spotkam Stan'a Lee'a, będę go męczył, dlaczego wybrałeś takie słodkie stworzonko hehe :D. Nie wiem jeszcze czy było to specjalnie czy niechcący, że niektóre postacie przypominały twory Alan'a Moore'a, może Lee był fanem jego twórczości i nie ma co się dziwić bo Moore to klasa i jedna z definicji komiksu. Na ogromny szacun moim zdaniem zasługuję jeszcze fakt, że Stan Lee po stworzeniu tylu postaci i ich przygód w Marvelu, wskakuję na przejażdżkę z DC i mając jedynie lekki szablon tworzy można powiedzieć od nowa 10 kolejnych postaci, oczywiście plus złole... oj szacun panie Lee! Wiem, że za oceanem wyszedł tego omnibus, szkoda, że Egmont tego nie wydał, oczywiście bym musiał to mieć, bo jak być kolekcjonerem i nie mieć Batmana stworzonego przez taką legendę, głowę konkurencji! "Just Imagine..." to klasa i ogromne wydarzenie w świecie komiksu... no przynajmniej ja tak uważam :).
10Bl0GYEAHstIz2D0Pe
czwartek, 9 stycznia 2025
Stan Lee's Just Imagine...
Red Hood: Outlaws
Drugi komiks wydany w Polsce na kartkach, który jest upubliczniany za darmo w internecie. Klimatem i formą jest inny niż ten o przygodach rodziny Wayne'ów. Jest tutaj przede wszystkim ciągłość fabularna. Nie są to wyrwane krótkie historie, tylko jeden wątek toczy się przez cały tom. Red Hood przyjmuje zlecenie od Mafiosa, który twierdzi, że skradziono od niego cenną pamiątkę rodzinną a jest on na Wyspie Dinozaurów. Red Hood zgarnia swoją ekipę czyli Bizarro i Artemidę by zdobyć owy przedmiot. Dobrze mi się to przyswoiło, rzekłbym, że fabuła nawet mnie zaskoczyła, chociaż miewałem momenty, że nie wiedziałem dokładnie co zaszło, rysunki są ładne, ale miejscami przynajmniej dla mnie nie jasne było co się wydarzyło. Nie mam weny rozwodzić się nad tym, na koniec jeszcze tylko wspomnę, że bardzo ucieszyłem z wątku miłosnego Red Hood'a i Artemid... pasują do siebie :).
Batman: Przygody Rodziny Wayne'ów
Wiele dobrego słyszałem o tym komiksie. Chociażby spotkałem się z opinią, że to obecnie najlepszy wydawany batkomiks czy też sam fakt, że było nominowany do nagrody Eisner'a.
Muszę przyznać, że komiks zostawił dobre wrażanie, pomimo tego, że nie jestem fanem jakichś luźniejszych klimatów, Batman to dla mnie mrok. Tutaj jednak, jest jasno i świeci słońce, piękna pogoda, ciepło rodzinnie i wszystko okraszone dawką dobrego humoru. Są to krótkie historie, przedstawiające i skupiające się na relacjach między członkami a nie na walce z przestępczością. Mi najbardziej przypadł do gustu rozdział gdzie Bruce Wayne wybiera się sam na przyjęcie a Alfred mu doradza, żeby zabrał kogoś z rodziny... a miliarder wymienia jak kończyły się takie imprezy z kolejnymi członkami, oczywiście fiaskiem hehe, mnie mocno rozbawił Damian Wayne, jak starsza kobiecina do niego z czułością "ojeju jaki słodki dzieciak" a on się zgotował na to i chciał ją atakować nożem haha!
Nie mam wiele do powiedzenia o tych perypetiach pełnej nie chaty a rezydencji. Mogę stwierdzić, że raczej przeczytam go sobie drugi raz przed tomem drugim, bo by go przeczytać zajęło mi to coś koło 30 minut, więc niewiele a odbiór dostarcza przyjemnej rozrywki. Mogę jeszcze dać takie porównanie, niech zwykły komiks z Batmanem będzie pikantnymi chipsami np. Lays Strong, tak ta wydawana w internecie seria, jest czymś słodkim, delikatnym deserem, mi przychodzi skojarzenie z Kinder Bueno :D Słodka czekolada, chrupiący wafelek i zajebisty krem, taki właśnie jest ten komiks :).
Super bohaterowie Marvela 01. Spider-Man
Mój drogi bloczku wiesz co się stało? Przeczytałem pierwszy występ Spider-Man'a EVER jego debiut... debiut! Nie powiem, że czymś mnie zaskoczył, bo tą historię zna każdy, przemielona wiele razy chociażby przez filmy. Aczkolwiek przyjemnością było poznać tą opowieść z oryginalnego źródła od Stan'a Lee. Co jest minusem tego, że się poznało pierwszy występ bohatera? A minusem jest to, że chciałoby się to kontynuować chronologicznie, czytać dalej co oryginalny twórca przygotował dla swego Pajęczarza.
Oprócz pierwszego wystąpienia, w tomie również można znaleźć też inny debiut... Złowieszczej Szóstki! Oczywiście równiez od samego Stan'a Lee. Nom to nazywam poważnym szczęściem, bo jestem fanem tej grupy złoczyńców. Jednak oni tutaj dobrymi pomysłami nie błyszczą :D. Zebrali się w szóstkę, już raz pokonani przez Spidey'a a teraz chcą to zrobić w grupie... rozsądnie c'nie? Ale nie w grupie, że w grupie wszyscy na hura na raz, sześciu na jednego. Nie. Nasi szanowni złoczyńcą wpadli na plan, że będą walczyć z nim pojedynczo, jak jednemu się nie uda to drugi go pokona a jak nie drugi to trzeci... i tak... yyy złowieszcze mordeczki jaki w tym sens? :D Pokonał was raz na solo pokona i drugi, co też oczywiście zrobił. Uśmiechnąłem się pod nosem jak Spidey im wypomniał, że znowu was pokonałem... ale powinniście zaatakować wszyscy razem, wtedy może dalibyście mi radę :D No świetnie, świetnie się bawiłem. Plusem tego komiksu jest też fakt, że pojawiło się więcej postaci ze stajni Marvela... kogo to nie było, Thor, Ant Man, Iron Man, X-Men... ale jak dla mnie tylko po to, żeby zareklamować własną serię, bo przy każdym takim pojawieniu się, narracyjny odnośnik, że przygody tego i tego można śledzić w takiej i takiej serii... takie reklamy przyswajam jak Snikersa :D
Szkoda tylko, że gruba większość tomu to już przygody Pająka wiele lat do przodu od tych dwóch pierwszych. Szkoda nie dlatego, że rozbieżność czasowa ogromna, ale dlatego, że Spidey pisany przez Starczynskiego a jego run obecnie wydaje Egmont i czytałem drugi raz, to samo co czytałem w drugim tomie Starczynskiego. Oczywiście dobre to było, nie chce mi się rozwodzić nad treścią, ale wolałbym czytać coś co nie było jeszcze wydane w Polsce.
sobota, 28 grudnia 2024
The Spectacular Spider-Man
Ludzie nie posiadam się z radości w końcu mam w swej kolekcji tom "Spectacular Spider-Man"! Ależ Mikołaj mnie uradował ^^. Nie ma to jak Spider-Man z lat '90, do tego od legendarnego składu J.M. DeMatteis za scenariuszami i Sal Buscema odpowiadający za stronę wizualną. Bez zbędnego przeciągania przejdę do omówienia co tu ci panowie wyczynili...
Niesamowita i spektakularna historia "Wewnętrzne dziecko". O ludu jak to było mroczne i poważne. Antagonistą jest tutaj moim zdaniem mniej znany przeciwnik Spiderka - Vermin. Chociaż wolę zwracać się do niego Edward, jakaż to jest postać tragiczna! Zacznę od tego, że poznałem go w "Ostatnich łowach Kravena", ale nie zostałem w niej zaznajomiony z jego tragiczną przeszłością. Stał się kanibalistycznym potworem bo zmienił go w niego Baron Zemo, Edward robił dla niego za królka doświadczalnego. Tutaj Edward ucieka z zakładu, Spidey uważa go za potwora do unicestwienia, ale jego psychiatra twierdzi, że Edward jest ofiarą no i muszę się z nią zgodzić, czułem żal do potwora Vermina. Dowiadujemy się tutaj jeszcze z sesji terapeutycznych, że Edward był "dotykany" przez ojca... jeju :(... w dzieciństwie molestowanie a dorosłość w monstrualnym ciele. Jakby ta opowieść była mało psychiczna, bo chyba tak twierdzi autor, dorzuca jeszcze jednego gracza... Harry Osborn... nękany przez widziadła zmarłego ojca i Spider-Man'a... staje się ponownie Green Goblinem! Spidey nie ma tu łatwo, oj nie ma tu łatwo... po mieście gracuje stworzenie do którego powoli nabiera przekonania, że to ofiara oraz przyjaciel w swoim alter ego znającym tajną tożsamość Peter'a Parker'a. Jakby dalej było mało psychicznych rozterek w głowach dwóch złoli to Spiderek, też obrywa psychicznie... Green Goblin otumania go swoją halucynogenną dynią a nasz superbohater jest nękany, że to jego wina, że stracił rodziców. Tak na marginesie, Spider powinien zdobyć ten specyfik i zażywać go w małych ilościach w celu uodpornienia się, by nie dać się w przyszłości zatruć drugi raz, jak Batman od toksyny strachu Scarecrow'a. Wracając do tematu... grube, mroczne i rzekłbym epickie story, które nie ma swego finału, co mnie bardzo ucieszyło. Zajebiste kadry Spidey vs. Vermin vs. Green Goblin na dachu rodziców Edwarda... koniec końców, Vermin trafia z powrotem na leczenie, ale ostatecznie, Green Goblin zna przecież tajemnicę tożsamości i zagroził jemu, że jak ruszy za nim to zdradzi ją dla całego świata... Spidey puszcza go wolno... GREEN GOBLIN na wolności i gdzieś się czai ze swoimi szalonymi pomysłami Jeju ileż radości miałem przy tej lekturze, jak ja kocham mroczne klimaty!
Po świetnym "Wewnętrznym dziecku" historia z przymrużeniem oka z Człowiekiem Żabą, nie jest to jego pierwsze wystąpienie w komiksach Marvela, ale ja pierwszy raz się z nim zetknąłem. Nazwałbym to raczej ciekawostką niż czymś poważnym. Nie czerpałem z tego też większej satysfakcji, bo jak czerpać ją ze Spidey'a który wpada na obiad do rodziny Człowieka Żaby a i historia miała swoje nawiązania do wcześniejszych numerów i serii gdzie pojawił się ten komiczny Żaba a ja tego nie czułem... chociaż nawet gdybym czuł... ludzie to Człowiek Żaba! :D Ciekawe jak poczuli się czytelnicy w latach 90 jak to było nowością, po (nie zawaham się użyć słowa) hardcorowym "Wewnętrznym dziecko" wskoczyć w takie klimaty ^^
Ciekawa historia "Formalności pogrzebowe" Sęp umiera na raka i chce się rozliczyć ze światem. Nie jest zaskoczeniem, że chce zabić Spider-Man'a, ale byłem w szoku, że błagał o przebaczenie ciocię May, za to, że w przeszłości zabił jej ukochanego
"Dziedzictwo Osbornów", no no panie i panowie... to jest nostalgia! Ja ten komiks miałem w TM-Semic'u jak jeszcze nawet nie potrafiłem czytać i tylko podziwiałem, obrazki. Niestety komiks z dzieciństwa gdzieś mi przepadł i cieszę się, że mam go w tym zbiorze a no i fabuła jest ciekawa. Green Gobiln porywa swoją rodzinę, szwagrem żonę i małego synka. Dorośli wiedzą co się dzieje, że Harry oszalał, ale dziecko widzi po prostu tatusia przebranego na Halloween i jest za nim całym sercem, nieźle psychologiczny stuff. Spider oczywiście wpada do tego domu, sytuacja uratowana, Green Goblin zostaje aresztowany... ale dla dziecka w tym momencie Spider stał się łotrem który pobił jego ojca.
"Oko Pumy", z tą historią też miałem styczność w dzieciństwie. Nie przypadła mi wtedy do gustu, nie odpowiadał mi przeciwnik i cała otoczka, obecnie lepiej mi się strawiło to story. Ogólnie nie jestem fanem indiańskich klimatów (wyjątki to "Manitou" Grahama Mastertona i film "Poltergeist") a tutaj było właśnie tak bardzo. Podobało mi się to za dziecka i obecnie kadry, jak człowiek zmienia się w kota-bestię Pumę, tak jak jestem fanem przemian w wilkołaka. Co mi się nie podobało i gryzło, to fakt, że Puma znał tożsamość Spider-Man'a. Nie znam opowieści skąd się o niej dowiedział, bo to nie pierwsze wystąpienie tego antagonisty. Nie wiem jak się zakończył jego debiut, ale co zniknął nagle i sobie w biurze zmieniał się w zwierzę? Dlaczego jeszcze za dziecka średnio podchodził ten komiks? Bo wolałem jakiegoś topowego villiana. Prawdę powiedziawszy do dzisiaj nie wiele się zmieniło, ale moja niechęć do niemianstreamowych łotrów jest o wiele, o wiele mniejsza a większa jest chęć poznania czegoś nowego.
"Smierć Vermina" i powraca tutaj nasza tragiczna postać. Spoko historia, ale nie porwała mnie. Spodziewałem się czegoś jak samobójstwo potwora, ale nie niech będzie, że na szczęście do tego nie doszło. Edward ma się tutaj dużo lepiej, potrafi wrócić do ludzkiej formy. Liczyłem też na to, że doktor Kafka zakocha się w swoim pacjencie a do tego nie doszło. Zaskoczył mnie, ale nie tak pozytywnie ogrom potworków, mutatów (nie wiem dlaczego nie "mutantów") stworzonych przez Barona Zemo, twórca ich również się pojawił i oczywiście został pokonany. Dowiedziałem się jeszcze o nim tutaj tego, że wpadł do wulkanu i przeżył hehe! Ogólnie, cieszmy się powrotem do zdrowia Edawrda, udaje mu się pozbyć wewnętrznego szczurzego potwora kanibala. Cieszę, że poznałem losy Edward'a Whelan'a, jako ciekawostkę można dodać, że J.M. DeMatteis ogólnie stworzył tą postać i przyjemnością jest czytać życie postaci pisaną autorską ręką.
Prawie ostatnie zeszyty tomu przyniosły na strony postacie z X-Man, fajnie zawsze więcej bohaterów to props! Jednak co mi się w tym nie podobało... Profesor Power. Ej koleś kim ty jesteś, nie znam cie, koleś wstał z grobu i zaczął szerzyć chaos w mieście. Co mi najbardziej przeszkadzało w odbiorze tej historii to fakt, że czułem się jakbym wpadł w środek czegoś. Ta seria Spiderka odsyła mnie aż do czterech innych... Defenders, X-Man, Capitan America oraz Iron Man! Czułem się jakbym dostał wałka, został oszukany, dlaczego kolejna opowieść i antagonista która ma grubszą przeszłość o której nic nie wiem, heh. Pomyślałem też w pewnym momencie "jeju jakie to jest głupie"... jak pojawił się latający średniowieczny zamek z latającą armią centurionów. Może lepiej bym przyjął taki latający zamek w opowieści z Człowiekiem Żabą, ale ton tutaj jest dużo poważniejszy. Profesor Power chce pomścić śmierć syna, za którą obwinia Charsla Xaviera... no grubo, powód antagonisty jest konkretny... aż tu nagle latający zamek... no głupie :(. Pomijając to wszystko, ponarzekało mi się, ale przy lekturze nie męczyłem się hehe.
Finał zbioru i jak się cieszyłem, że wrócił Green Goblin. Zostaje on zwolniony z więzienia... trochę to głupie po tym co zrobił, ale dobra niech będzie, że to łykam. Jego rodzina twierdzi, że wszystko jest z nim okej, jednak Peter Parker, ma inne przeczucia i oczywiście ma rację, Harry nie wyzdrowiał z zielonego stwora. Nęka biednego Parker'a, że zna jego tożsamość i może ją ujawnić... niby dalej to samo co z początku tomu, ale nie męczyło mnie to, dobrze się czytało. Zaskoczyła mnie konkluzja... Spider zostaje ponownie otruty przez Goblina, traci przytomność i zostaje w budynku w którym ma wybuchnąć bomba... Harry Osborn po niego wraca! Nazywam to szczęśliwym zakończeniem, przyjaźń wygrała nawet pod maską obłędu Green Goblina.
Jestem bardzo zadowolony z lektury, komiks miał swoje upadki, ale większość czasu trzymał poziom i kierował się ku wzlotom. "Wewnętrzne dziecko" to moim zdaniem bardzo niedoceniony story ark, oglądałem na YT filmiki i tam polecane komiksy ze Spiderem a tej chyba nigdzie nie widziałem a szkoda... spodziewam się po sobie przeczytać to jeszcze raz za jakiś czas. Duet J.M. DeMatteis i Sal Buscema stanął na wysokości zadania i przedstawił Pajęczarza w korzystnym świetle, zajebiście się to czytało jak i również oglądało prace rysownika... do tego mam ogromny sentyment do przygód Spider-Man'a z lat 90. Do tego superancko, że dostałem villian'ów z plejady. Gdybym musiał coś pogrymasić na koniec, to jako fan tej postaci, narzekam, że nie było Venoma... ale za to dużo innego charakteru którego również jestem fanem czyli Green Goblina, nie ważny czy to Harry czy jego ojciec Norman, ważne, że jest ten zielony obłąkaniec i odgrywa tutaj bardzo ogromną rolę. Do tego narysowanego w sposób w jakim go pewnie poznałem za dziecka i z miejsca było WOW do tej kreacji! Od strony technicznej dostałem wszystko tak jak kocham w zajebiście podanym zbiorze, czyli kolejny zeszyt rozpoczyna oryginalna okładka... no qwa BRAWO! Więc nie pozostaje mi nic innego jak być szczęśliwym posiadaczem tego zbioru... w końcu! :D
poniedziałek, 23 grudnia 2024
Stephen King - "Historia Lisey"
Yo!
Nie ma co się rozpisywać we wstępie, tylko przejdę z miejsca do komentowania kolejnych części, tego czegoś, podzielonego na trzy! Będę rzucał mięsem, skoro King na swoich kartkach może to robić to ja tu, w swojej części galaktyki mogę robić to tym bardziej, tym bardziej, że trzeba podkreślać dramatyzm sytuacji!
Jestem po pierwszej części książki... ehhh poważnie, dla King'a chce się pisać takie coś? Jak się wynudziłem! Okładka zapewnia mnie, że będzie to baśniowe i krwawe love story. Do tej pory poznałem wdowę po znanym i cenionym pisarzu. Ową wdową oczywiście jest tytułowa Lisey o nazwisku po mężu Landon. Chciałem się dowiedzieć jak zmarł jej mąż, ale nie do tego stopnia co dostałem! Jakie to było dokładne, jakie to było długie ile można się rozpisywać o tym, że przy rozpoczęciu budowy nowej biblioteki, jej mąż oberwał kulkę od psychofana i zmarł w szpitalu. Jeju ile czasu męczył ten temat jak go rozwlekał. No nudno, było oczywiście nie mogło zabraknąć typowego opisu śniadania w stylu Kinga... czyli małżeńskiej retrospekcji Lisey. Pierwsza część obiecywanej krwawej historii, coś tam tej krwi było, siostra Lisey pocięła się jak dowiedziała się, że jej miłość ożeniła się z inną... ale nie ruszyło mnie to, ani nie interesowało. Co z pierwszej części można podciągnąć na plus to tajemniczy telefon jaki odebrała Lisey od kolesia który jest zainteresowany rękopisami zmarłego Scott'a Landon'a, chciałbym, żeby odbierała więcej takich telefonów, coś się dzieje. Jestem również ciekaw tematu widziadła która nazywa się Długaśnik, nie za dużo go było i nie za dużo o nim wiadomo do tej pory. Trza wziąć się za część drugą!
Oj ta część druga! Jakie to jest gówno! Baśniowe krwawe love story?!!? Ja nie wiem od czego tu zacząć cisnąć po tej części. Jest to wszystko niemiłosiernie głupie! Głównym wydarzeniem tej części niech będzie to, że postać która zadzwoniła do Lisey z podejrzanym telefonem tutaj ją pobiła i pocięła pierś otwieraczem do konserw! Tak, pewnie, policja pilnuje chaty a jakiś psychol bez problemu włamuje się do domu i ją katuje... bo chce rękopisy jej męża... głupie? Oj da się mocniej, chłop opuszcza chatę i jej grozi, żeby nie kablowała. Chwilę potem wpada do chaty policjant i pyta się jej czy wsio okej, a ta obita odpowiada, że spox! Wsio okej! Głupie? Zaręczam, że da się jeszcze mocniej! Lisey wpada na pomysł, że jej siostra zamknięta na oddziale zamkniętym w psychiatryku jej pomoże! Jeju jakie to jest głupie!!!!!!!! Nie wiem dokładnie co tu zaszło, ale jak Lisey częstuję siostrę wodą z jeziora, te przenoszą się to wyimaginowanej krainy i jej siostra wraca do siebie ze stanu katatonii... kurwa jakie to głupie!!! Lisey ty chamie!!! Skoro mogłaś uleczyć siostrę wodą z jeziora, dlaczego tego nie zrobiłaś bezinteresownie, tylko wtedy kiedy potrzebna ci pomoc przy zabiciu oprawcy Dooley'a... i wysłania zewłoku do innej rzeczywistości... yyy chyba tego Księżyca Boo'ya, czyli do wyśnionego świata stworzonego przez Scott'a... jeju dlaczego to takie głupie? Oczywiście siostrom się udaje, nie mam zielonego pojęcia skąd Lisey wzięła w buzi więcej wody z tego stawu, przecież normalnie rozmawiała ;/... no dostały się do tego świata a Dooleya zjadł potwór, ten Długaśnik, one wróciły do rzeczywistości i tu kurwa powinien być koniec!!! Nie!! Jest jeszcze na dojebanie część trzecia! Zanim przejdę do trzeciej części i pomijając głupoty Lisey poznajemy jeszcze dzieje Scott'a. To jak jak zostały przedstawione przypominało mi "Rękopis znaleziony w Saragossie", opowieść w opowieści, Lisey wspomina jak Scott jej opowiadał o swej przeszłości. Jednak do rzeczy, o ludu czego ten Stephen King nie wymyśli. Jak Scott miał 3 latka to ojciec kazał mu skakać z ławki a jak nie chciał skakać to ten chlastał nożem jego młodszego brata... ratunku, ja tego nie łykam!!! Chodzi dziecko z pociętą twarzą i nikt nie zwraca na to uwagi! To jeszcze nic! Brat Socott'a Paul pewnego dnia zmienił się w dzikiego potwora, nie wiem czy ja czegoś nie zajarzyłem... ale na moje po prostu tak z dupy. Głupie? To co powiedzieć o tym, że ostatecznie ojciec zastrzelił dzikiego Paul'a a dla Scott'a kazał kopać grób dla brata! Co z tym Paulem jest nie tak, każdy ma na niego wyjebane? Chodzi z pociętą twarzą nikt nie reaguje, a potem znika i tego nikt nie zauważa? Scott zabiera trupa swojego starszego brata do swojej cudownej krainy i tam go zakopuje, stawia mu krzyż... ojciec nigdy nie zastanawiał się, gdzie dziecko zakopało swojego brata, dać tuszować zbrodnię dla dziecka! Brawo książko sięgasz zenitu głupoty!
Część trzecia... wiesz co mój blogu, jebać część trzecią! Jebać! Jak pierwszą i drugą!!! Co tu się wydarzyło... 40 stron Lisey na księżycu Boo'ya i dalsze poznanie losów Scott'a z dzieciństwa. Jako dziecko dopuścił się ojcobójstwa! Trachnął ojczulka kilofem w łeb, krew, kawałki czaszki i mózgu, burdel! Co robi dziecko? Próbuje zabrać zewłok ojca do swojej baśniowej krainy, ale nie wychodzi, więc wrzuca ciało do studni... następnie idzie zgłosić się na policji, że ojciec zabrał brata i uciekli a on został sam! Jeju!!! :( Tak, oczywiście, podwójny mord w domu a policja z miejsca łyka bajeczkę dziecka, żadnego poszukiwania czy dochodzenia... jak dziecko sprzątnęło burdel po głowie ojca!?
Ja pierdolę mój bloczku jak ja się cieszę, że mam to gówno za sobą! Kolejne godziny czytania tego gówna to były rundy! Survival, ja, nie kontra dzika natura, tylko debilizm tej książki. Nienawidzę każdej postaci jaka pojawiła się tutaj, wszystkie naraz i z osobna hejtuję! Gdyby ta książka była osobą to nie podałbym jej ręki! Sram w śniadanie rodziny Landonów! Chciałbym polać tę książkę Domestosem i zmazać ten cały spam, te wspomnienia z życia małżeńskiego, jeju jakie to nudne!!! Książka nazywa się "Historia Lisey" a ile tu dostajemy Scott'a! Lektura... tfu... to gówno, jest zbudowane na podobnej zasadzie jak "Cujo" czy "Gra Geralda", pierdylion słów o retrospekcji która nie ma żadnego wpływu na sens całości. 530 stron do przeczytania, z czego jak dla mnie głównej fabuły dałoby się zmieścić w 250, tu tak prawdę powiedziawszy chuj co się działo. Po przeczytaniu takiego czegoś straciłem chęci do czytania czegokolwiek, robię kilkudniową przerwę! Co mi ta książka zrobiła! Plusem niech będzie, że wydałem na nią w Biderze 9,99 zł, ale w sumie z czego się tu cieszyć, wydać 10 zł na gówno? Za każdym razem jak będę widział ją na półce to będę do niej się zwracał "ty kurwo".
Następna do przeczytania książka King'a to zbiór "Po zachodzie słońca"... ale to już w przyszłym roku... bo najpierw... mam kupę komiksów do przeczytania... normalnie taki mam problem, kocham mieć takie problem, że nie wiem za co się wziąć!
sobota, 14 grudnia 2024
Stephen King - Colorado Kid
O ludu! To co przeczytałem to powieść? To książka która zasługuje na samodzielnie istnienie? Jakie to było krótkie, King wydawał zbiory nowel które było dłuższe od tego. Ja nawet nie mam się tu nad czym rozwodzić, jeju jakie to było słabe.
Poznajemy reportów lokalnej gazety Weekly Islander, dwóch starych wygów i jednej jeszcze zielonej w temacie dziennikarstwa. Dwóch starszych panów opowiada młodej historię pewnych zwłok znalezionych na ławce nad wodą. Fabuła stawia pytania na które padają odpowiedzi, np. kim się okazał trup, chociaż myślałem, że i tego się nie dowiem. Jednak po przeczytaniu 150 stron (ogromną czcionką, szkoda drzew!) tej dłuższej noweli nie czuję satysfakcji, nie wiadomo czy trup to śmierć naturalna czy może jednak ktoś zabił tego Colodrado Kid'a. Książka również tworzy zagwostkę skąd ten jegomość wziął się w tej mieścinie skoro okazało się, że mieszkał z rodziną wiele kilometrów dalej.
Czasami lubię jak coś jest niejasne, ale cholera jasna, poświęciłem na tą książkę trochę ponad 2h (cena okładkowa 39,99... 20 zł za godzinę czytania) i zostałem z niczym, z zagadką a nawet dwiema... nie wiem jaka jest puenta, nie wiem czym King kierował się pisząc to, ale musiał być zadowolony z dzieła skoro zostało wydane jako samo istniejący tytuł.
Mam nadzieję, że lepiej będę się bawił przy następnej powieści King'a a będzie to "Historia Lisey".