Lubię przeczytać coś wiekopomnego i z tą serią miałem tą przyjemność. Bywały w przeszłości crossovery na linii Marvel i DC, ale ten koncept chyba zaciekawił mnie jeszcze bardziej... Stan Lee piszący swoje wizje kluczowych postaci DC!!!
Chciałem opisywać każdy 52 stronicowy zeszyt opisać z osobna, ale lenistwo i jakiś brak weny mi na to nie pozwoliły hehe :P Nadmienię sobie tutaj kwestii z całej serii, traktującej bohaterów w zupełnie inny sposób niż oryginały.
Może zacznę od mojej ulubionej komiksowej postaci EVER czyli Batmana (no może Joker też się równa jemu hehe). Toteż tutejszy Batman, nie jest miliarderem, tylko czarnoskórym półsierotą, który stracił ojca na służbie policyjnej. Sami z matką ledwo wiążą koniec z końcem a Wayne Williams pracuje jako pomoc w sklepie. Pewnego dnia mają miejsce gangsterskie porachunki a Wayne ratuje lube gangstera przed kulą... w podzięce zostaje zbesztany za to, że śmiał dotknąć jego kobiety i zostaje wrobiony w zabójstwo przez co ląduje w więzieniu. To właśnie tutaj powstaje Batman, Wayne bierze się za siebie by zemścić na tym gangsterze, bo mało tego, że został wrobiony to jeszcze jego matka zmarła ze zgryzoty o syna. Co mi się podobało w tej historii, jak Wayne wychodzi na wolność myśli jak zarobić pieniądze... zostaje wrestlerem :D. Stan Lee chyba ma słabość do tego sportu bo Spidey też w nim zaczynał :). Co jest jeszcze fajne, że ja mam xywę Batman i kocham wrestling :D, super mi się to zazębiło ze mną panie Lee. Co mi się nie podobało... maska Batmana, jak głowa nietoperza, zdecydowanie wolę oryginalną symboliczną szpiczastą, reszta stroju niezbyt się różni od pierwowzoru. Szkoda jeszcze, że Stan Lee nie napisał tutaj swojej wersji Jokera.
Wonder Woman moim zdaniem została ogołocona ze swojej epickości, nie jest Amazonką, tylko supermodelką która dotknęła magicznego berła. Nie wiem który wygląda wolę lepiej, oryginał czy ten tutaj, oba są ładne, ale jak patrzyłem na nią to przypominała mi Promethę Alan'a Moore'a
Spodobała mi się wersja Supermana. Nie spadł na ziemię jako dziecko, tylko ścigał zabójcę swojej żony i przez co wypadkami wylądował na Ziemi. Nie jest harcerzykiem ze słodkim charakterem jak Clark Kent, ten tutaj ma pazur i nie ukrywa też tego, że nie podoba mu się na tej planecie. Wygląd zostawiam w neutralnym mniemaniu, różni się od niebiesko-czerwonego stroju Supka, ale jak patrzyłem na niego, to czułem się jakbym widział Miracleman'a Alan'a Moore'a.
Green Lantern, no nie za bardzo przypadł mi do gustu, wolę kosmicznego strażnika niż bohatera który został obdarzony mocą przez mistyczne drzewo życia. Do tego jego aparycja... znowu widziałem coś ze świata Alan'a Moore'a, Green Lantern wygląda tutaj jak Dr. Manhattan ze "Strażników", z tym, że nie jest niebieski, ale no... wiadomo jaki :D.
Ohhh i tutaj dochodzę do Flash'a. Nie jest naukowcem którego trafił piorun i chemikalia, tylko młodą kobietą która skąpała się w jakiejś zielonej substancji a potem ojciec jej wstrzyknął DNA... koliberka :D. Przyznaję się bez bicia, nie znam się na zwierzętach, które są najszybsze itp. i z początku uważałem to za ogromną głupotę, ale pożaliłem się komuś i ten ktoś mi uświadomił, że kolibry to jednak szybkie ptaki, trzepią tymi skrzydełkami jak szalone i jest w tym DNA kolibra trochę sensu. Ja jednak i tak tego nie kupuję, młoda dziewczyna jak testuje swoje moce udaje się jej nawet przekroczyć barierę czasu... nie no poważanie? Dlaczego akurat koliber, dlaczego nie jakiejś poważniejsze szybkie zwierzę. Dla mnie moc od takiego słodziaka jaki jest ten mały ptaszek to coś co by pasowało do Disneya a nie do komiksu mającego poważny ton. Jak ja kupuję to, że oryginalny Flash przekraczał barierę czasu od pioruna... chociażby co było potrzebne by Delorian w trylogii "Powrót do przeszłości" zadziałał? PIORUN :D. Tak sobie wyobrażam jestem naukowcem i pracuję nad podróżami w czasie i mam do wyboru piorun i DNA kolibra... nie no, co by się nie działo zawszę wybiorę piorun :D.
Fajny był zeszyt JLA, czyli wszyscy bohaterzy których poznałem pierwszy raz w komplecie. Serię wydaje się, że można czytać jak sobie się chce, ale jest kolejność, bo oprócz złola który został przydzielony do superbohatera, jest jeszcze jeden większy którego poznajmy w kolejnych zeszytach. Głowa Kościół wiecznych upoważnień czyli wielebny Darkk. Muszę przyznać, że fajna postać, podobał mi się jego wygląd, taki klasyczny tajemniczy, koleś w szacie z zakrywającym oblicze twarzy kapturze, do tego obdarzony magicznymi mocami. Tutaj podczas potyczki z Ligą można było zobaczyć jak monstrualna jest. Spodziewałem się, że w tej części przygód zakończy się jego żywot co na szczęście się nie stało :). Nie mogę jeszcze nie wspomnieć, że pojawiła się tutaj wersja Doom Patrol, ale zupełnie nie mająca nic wspólnego z oryginałem, jest to złowieszcza grupa trzech villianów (był Deathstroke, którego fanem jestem, ale tego stworzonego tutaj nie jestem) z powołania i na usługach oczywiście wielebnego.
Robin chyba najsłabiej mi podszedł. Sierota omotana przez manipulację Darkka, bez żadnych supermocy czy nawet kostiumu, w ogóle nie zakrywa twarzy. Podobał mi się występ Batmana, którego Robin miał pokonać z polecenia wielebnego, co się nie staje, Robin powiedzmy się w pewnym stopniu nawraca się na dobrą drogę i Batman wierzy w niego.
Shazam moim zdaniem w jednej kwestii zaliczył regres, za co uważam zdobycie jego mocy. Nie ma tu dziecka którego otrzymało dar od Merlina, tylko agent Interpolu, który ślęczy nad umierającym ulicznym czarodzieju. Co mi się podobało to wygląd Shazam'a, nie jak dobrze wyglądający facet, tylko czerwone monstrum! To jak najbardziej na plus!
Aquman, średnio mi podszedł, czyż król Atlantydy nie brzmi dumnie i epicko? Zdecydowanie taka nie jest jego geneza tutaj. Ten bohater, jest biologiem który wstrzyknął sobie DNA zwierząt wodnych (już było przecież DNA kolibra, trochę wtórne :D) i wylądował w dziwnej zielonej substancji znajdującej się w wodzie, przez co zmienił się w żywą wodę, wygląd super, ale król Atlantydy to jednak król Atlantydy.
Catwoman przedstawiona przez Stan'a moim zdaniem jest potężniejsza od oryginalnej, bo ma supermoce, zwinność i refleks kota oraz z palców wyrastają jej ogromne szpony zdolne przebić nawet mur. Ja jednak wolę podstawową wersje, przyjemniejszy dla oka jest dla mnie jej strój.
Sandman, okrutnie byłem ciekaw co Stan zrobi z tą postacią i nie powiem, że przeżyłem zawód, ale wersja stworzona przez Neil'a Gaiman'a jest, że tak to ujmę "większa". Jak równać jeden byt z nieskończonych z człowiekiem który zdobył moc w kosmosie po wypadku. Śnienie w tej wersji przypominało mi klimat z filmu "Heavy Metal", co nie zaliczam bynajmniej na minus bo jestem fanem tego filmu, ale te Śnienie stworzone przez Gaiman'a miało w sobie więcej takiego dostojeństwa. W tym zeszycie ginie również wielebny Darkk... który sam był na usługach jeszcze kogoś potężniejszego.
Kryzys... oj a tego co będzie się działo tutaj byłem ogromnie ciekaw, bo w DC słowo KRYZYZ oznacza, że będzie działo się coś wielkiego i nie spodziewałem się czegoś przeogromnie wielkiego bo weź to zrób na 52 stronach, ale podwaliny pod to wydarzenie były budowane przez cały czas, bardzo małymi kroczkami. Co mi się spodobało to to, że Kryzys to potężna istota a nie tylko nazwanie wydarzenia. Nie podobał mi się jego wygląd a mianowicie jego maska, wyglądało to jakby włożył na siebie podobiznę morsa z tym, że bez kłów :D. Kryzys tutaj chce połączyć ze sobą dwa światy ten rzeczywisty i Śnienie. Ostatni rozdział DC pisanego przez Stan'a Lee nie jest również ubogi w zaskakujące momenty, kiedy okazuje się kto jest kim na tej szachownicy, kto jest czyim dzieckiem i żoną, superowe to było. Jeszcze jak nie wspomnieć, że Robin był jeszcze dwiema postaciami :D. Zaskoczenie jak zamienił się w Hawkman'a, ale dla Lee to było za mało, przeistoczył się jeszcze w Atoma. Ogólnie ujmując całkiem udany ten mały event :).
Kwitując moje wrażenia z lektury stwierdzam, że jestem zadowolony z tego co przeczytałem. Nie wiem może sam fakt, że takie wydarzenie jak Stan Lee w komiksach DC, sprawia, że z szacunkiem podchodzę do "Just Imagine...". Chociaż no nie zawsze byłem zadowolony z rozwiązań a szczególnie z tego koliberka z Flash'a, jak umrę i spotkam Stan'a Lee'a, będę go męczył, dlaczego wybrałeś takie słodkie stworzonko hehe :D. Nie wiem jeszcze czy było to specjalnie czy niechcący, że niektóre postacie przypominały twory Alan'a Moore'a, może Lee był fanem jego twórczości i nie ma co się dziwić bo Moore to klasa i jedna z definicji komiksu. Na ogromny szacun moim zdaniem zasługuję jeszcze fakt, że Stan Lee po stworzeniu tylu postaci i ich przygód w Marvelu, wskakuję na przejażdżkę z DC i mając jedynie lekki szablon tworzy można powiedzieć od nowa 10 kolejnych postaci, oczywiście plus złole... oj szacun panie Lee! Wiem, że za oceanem wyszedł tego omnibus, szkoda, że Egmont tego nie wydał, oczywiście bym musiał to mieć, bo jak być kolekcjonerem i nie mieć Batmana stworzonego przez taką legendę, głowę konkurencji! "Just Imagine..." to klasa i ogromne wydarzenie w świecie komiksu... no przynajmniej ja tak uważam :).
czwartek, 9 stycznia 2025
Stan Lee's Just Imagine...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz